poniedziałek, 22 października 2012

Rozdział 1


Rozdział 1
Teraźniejszość

14 kwietnia 1996 rok

 

„Opłakiwać przeszłość to zaniedbywać teraźniejszość”

 

Zimno prądów wodnych otaczało mnie z każdej strony a woda powoli napływała do moich ust. Machnęłam rękoma i wynurzyłam się na chwilę, by choć nabrać powietrza, które miało podobną temperaturę co ciecz, w której się topiłam. Z moich ust wypłynął krzyk, by po chwili zniknąć wraz z moim ciałem tuż pod wodą.

Otworzyłam przerażona oczy i ujrzałam ciemność, która otaczała mój pokój. Ten koszmar śnił mi się co noc od piętnastu lat. Za każdym razem, widziałam swojego wuja, gdy znikał za rogiem i krzyczał w stronę Syriusza Blacka Jak mogłeś zabić Jamesa i Lily. Potem pada to zielone światło a ja znów ląduje pod powierzchnią granatowej tafli wody. Usiadła i odrzuciłam puchową kołdrę na bok a z moich ust wydobywa się ciche westchnienie. Mrok, który ogarnia cały pokój znika wraz z machnięciem różdżki, która spoczywała na mojej szafce nocnej. Błysnęły czerwone ściany i ciemne meble, które zajmowały małe pomieszczenie w jednym z domów w Dolinie Godryka. To dom Państwa Montgomerych, którzy przygarnęli mnie do siebie, doskonale wiedząc kim jestem i jak bardzo narażają przy tym siebie. Bo ile osób na tym świecie mogło pragnąć mojej śmierci? Tego nie wiem, ale wiem jedno. Nikt z nich nie wie, że przeżyłam tamtą feralna noc, żyją w błogiej nieświadomości.  Moje stopy dotknęły zimnej podłogi i szybkim krokiem uchyliłam białą firankę, która całkowicie zasłaniała moje okno. Naprzeciwko mojego okna znajdowało się inne, to w którym także paliło się jasne światło. To tam mieszkał chłopak, ktry mnie ocalił. Toby Smith. Zasłoniłam ponownie okno i usiadła na miękkim łóżku wiedząc, że już nie zasnę, a do wschodu słońca zostało mi trochę czasu. Biały zegarek, który stał na półce, był jedynym jasnym elementem w moim pokoju i wskazywał godzinę czwartą nad ranem. Podciągnęłam kolana pod brodę i skuliłam się czując jak chłód powoli drażni moją skórę. W końcu zrezygnowana powlekłam się do łazienki, aby przygotować się do nadchodzącego dnia. Łazienka była przestronnym pomieszczeniem w kolorze czerni. Białe dywaniki oddzielały moje stopy od zimnych płytek na podłodze i poprowadziły w stronę wanny, gdzie napuściłam gorącą wodę. To był mój codzienny rytuał, gdy siadywałam wcześnie rano w wannie pełnej ciepłej wody i wpatrywałam się w czarne płytki a wokół mnie wznosił się zapach różanego olejku. Potrafiłam siedzieć tak godzinami lub do czasu pobudki któregoś z mieszkańców tego domu. Zazwyczaj była to moja przybrana siostra Spencer, która była także moją najlepszą przyjaciółką. Położyłam dłonie na chłodnych krawędziach wanny i oparłam wygodniej głowę przymykając oczy. Razem spędzałyśmy czas i plotkowałyśmy zajadając się fasolkami wszystkich smaków lub karmelowymi różdżkami, które wręcz ubóstwiałam. Zawsze uśmiechnięta i pełna energii wysoka dziewczyna o długich i lekko kręconych mahoniowych włosach. Jej oczy były dużo ciemniejsze ode moich ale skórę miała tak samo bladą. Inną moją przyjaciółką była Meredith, która także znała o mnie prawdę ale przyrzekła nikomu nie wygadać. W sumie one dwie i Toby były jedynymi osobami, którym ufałam bez obaw. Oczywiście nie licząc Państwa Montgomerych, którzy dali mi dom. Pani Christine Montgomery jest mugolem i pracuje jako psycholog, to ona nauczyła mnie żyć po śmierci rodziców. Była kobietą o wspaniałym uśmiechu i krótkich rudo-brązowych włosach, dlatego bez problemu wzięto mnie za jej córkę.  Przebywała w domu tylko wieczorami ale nawet te krótkie chwile, gdy zagadywała mnie przy kolacji lub gdy grałyśmy w karty dawały mi poczucie normalności, której nie miałam. Jej mąż był poważnym mężczyznom o brązowych włosach i ciemnych jak nocne niebo oczach, to on w tej rodzinie był czarodziejem i uczył mnie magii. W odróżnieniu od Spence nie poszłam do Hogwartu, tylko uczyłam się w domu. Wiedziałam, że mimo twardej jak skała powłoki Richard Montgomery w chwili mojej słabości podałby mi dłoń.  Moje dłonie wpadły z chlupotem do wanny a ja otworzyłam z przerażeniem oczy. Przez chwilę czułam lodowaty podmuch na szyi. Wyszłam z wanny i owinęłam się puchowym ręcznikiem, który spoczywał na wypełnionym po brzegi koszu od brudów. Na boso z mokrymi włosami przemieściłam się do pokoju, gdzie nagle otworzyło się okno, chłodne, poranne powietrze musnęło moją rozgrzaną skórę. W tym momencie na ciemnym parapecie usiadło pierzaste stworzenie, które pohukało radośnie na mój widok. Mocniej złapałam za ręcznik i podeszłam do zwierzęcia, które miało przywiązane do nóżki lekko pożółkłą kopertę. Ujęłam ją delikatne i spojrzałam na przód, gdzie ktoś eleganckim pismem umieścił moje imię i nazwisko. Odłożyłam kopertę na stół i podeszła do stojącej obok niego szafy. Ta była wypełniona po brzegi ubraniami. Szybko ubrałam dżinsy i zieloną bluzkę, aby po chwili zbiec po drewnianych schodach na sam dół.  Mały salon, który znajdował się po mojej prawej stronie był przytulnym pomieszczeniem, gdzie spędzałam połowę każdego dnia. Czerwona kanapa i inne meble idealnie ze sobą współgrały. Nawet śpiący na jednym z dwóch foteli czarnych pies idealnie pasował. Czasem nienawidziłam tej idealności, która panowała tutaj w każdym miejscu tego domu. Wydawał mi się wtedy taki obcy, zupełnie inny niż ten parę ulic dalej. Bez ubierania płaszcza wyszłam z domu i piaszczystą dróżką, która prowadziła w głąb Doliny skierowałam się w stronę widocznych z daleka ruin. Chłodny wiatr poruszył moje rude pukle, które nieznośnie opadły na twarz. Szybkim ruchem schowałam je za uchem i stanęłam przed drewnianą furtką, która prowadziła do mojego starego domu. Wpatrywałam się w milczeniu w te zniszczone ściany, które odkrywały teraz mój stary pokój, gdzie meble były już pokryte kurzem. Od lat stawałam tu przed furtką i wpatrywałam się w puste pomieszczenia czekając, aż z któregoś z nich wyjdzie mój ojciec i powie, aby pomogła mu w naprawie. Nigdy tak się nie stało. Spojrzałam na drewnianą tabliczkę, która została tu umieszczona i której tekst znałam na pamięć. „ W tym miejscu nocą 31 października życia stracili Lily i James Potterowie”. Nikt nie napisał, że walczyli do końca, że chcieli ratować swoje pociechy. „Ich syn Harry ….”, mój brat żyje normalnie i ciągle walczy z Voldemortem a Ministerstwo utrudnia mu to na wszelkie możliwe sposoby. Spojrzałam na jedyną wzmiankę o mnie i poczułam jak w moich oczach zbierają się łzy. „Ich córka Elizabeth Potter zaginęła tej samej nocy, jej ciało nigdy nie zostało odnalezione.” Musnęłam palcami miejsca, gdzie ludzie wypisywali woje myśli, które kierowali ku Harry` emu i mnie.

Harry jesteśmy z Tobą.

Elizabeth jeśli słyszysz, wróć do domu.

Ellie, aniołku jesteśmy z Tobą, nawet jeśli patrzysz teraz z góry.

Ale pojawił się też nowy napis, którego nigdy wcześniej nie dostrzegłam. Moje oczy rozwarły się z przerażenia, gdy spojrzałam na krótkie zdanie wypisane eleganckim pismem.

 

Wiem, kim  jesteś.

M.

 

Na moim ciele pojawiła się gęsia skórka, która wcale nie była spowodowana chłodnym wiatrem. Świat na chwilę się zatrzymał, gdy wpatrywałam się tabliczkę, usłyszałam trzask gałązki i natychmiast odwróciłam się w tamtym kierunku. Ulice były puste ale wyraźne odgłosy kroków odbijały się w mojej głowie.

-Jest tu kto? HALO?!- mój krzyk rozbrzmiał donośnie

Nikt nie odpowiedział, gdy nagle poczułam czyjeś dłonie na ramionach. Odskoczyłam z donośnym krzykiem i złapałam się za serce, które szaleńczo biło w mojej klatce piersiowej.

-Toby? Zwariowałeś?- zapytałam przerażona

Mój przyjaciel uniósł wysoko jedna brew a na jego usta wypłynął zawadiacki uśmiech. Jego ciemnoblond włosy opadały na jasnoniebieskie oczy, które przypominały pogodne, błękitne niebo.

-Wszystko w porządku?- zapytał

-Po prostu mnie przestraszyłeś. –warknęłam wściekle i założyłam ręce na piersi- Co tutaj robisz?

-Zobaczyłem Cię przez okno. A co ty tutaj robisz?

-Głupie pytanie. –prychnęłam

Toby znał mnie na wylot i potrafił czytać z moich oczu, niczym z otwartej księgi. Przychodziło mu to z taką łatwością, że z czasem zaczynałam się tego obawiać. Były chwile, gdy chciałam przed nim coś ukryć, a to była jedna z takich chwil.

-Nie mnie się przestraszyłaś, prawda?- zapytał

-Pleciesz bzdury. –powiedziałam szybko i spojrzałam w inną stronę

-Ellie, co się dzieje?- zapytał unosząc mój podbródek, abym spojrzała na niego

Zrezygnowana opuściłam ręce i wskazałam na tabliczkę. Toby pochylił się nad nią i przeleciał wzrokiem po wszystkich zdaniach a potem wzruszył ramionami.

-Na Merlina Toby, tu. –warknęłam wskazując odpowiednie zdanie

-Spokojnie, przecież widzę.

-„Wiem, kim jesteś.” – powtórzyłam z naciskiem, aby lepiej zrozumiał

-Przecież, to nie musi dotyczyć Ciebie. –westchnął- To może być skierowane do każdego mieszkańca tej wioski.

Splotłam ręce na piersiach i ponownie spojrzałam na tabliczkę, która wydała mi się teraz jakaś mroczna. Niechętnie pokiwałam głową i nieśmiało wygięłam usta w uśmiechu.

-Powiedzmy, że Ci wierzę. –powiedziałam- Co teraz robimy?

-Możemy się przejść. –zaproponował podając mi swoje ramię

Zaśmiałam się serdecznie i wsunęłam swoją rękę pod jego. Powoli ruszyliśmy w stronę mojego nowego domu, w którym zapewne zaczęła się już poranna krzątanina. Uwielbiałam te ciche spacery z Toby` m, w czasie których każde z nas zajęte było czymś innym. Ja martwiłam się o różne sprawy a on zapewne obmyślał kolejny wypad do Londynu razem  z Kevinem.  Stanełam przed zielonymi drzwiami do mojego domu, na których znajdowała się złota cyferka pięć i spojrzałam na Toby` ego.

-Dzięki za miły spacer. –powtórzyłam to zdanie jak zawsze.

-Nie ma sprawy.- powiedział i ruszył ku furtce ale zatrzymał się w połowie drogi- Ell, wiem że trudno Ci w to uwierzyć ale jesteś już bezpieczna.- powiedział

Z trudem pokiwałam głową i zacisnęłam dłoń na zimnej klamce. Toby powolny krokiem skierował się w stronę swojego domu i zniknął w jego wnętrzu. Ja także weszłam do środka i od razu otoczyła mnie fala ciepła i zapachu dżemu truskawkowego. Potarłam chłodne ramiona i weszła do kuchni, która miała taki dziwny urok. Wszystkie meble w tym pomieszczeniu zostały wykonane z drewna w ciepłym odcieniu brązu. Spencer w puchowym, różowym szlafroku siedziała na jednym z krzeseł i zajadała naleśniki, które były specjalnością Pani Montgomery. Ojciec Spence siedział naprzeciw niej i czytał Proroka Codziennego, który był jego ulubionym czasopismem. To była jedyna rzecz, o którą potrafiłam się z nim pokłócić, od czasu gdy zaczęli wypisywać tam głupoty na temat mojego brata nie umiała tknąć tego szmatławca. Wojna o gazetę trwała tydzień i zakończyła się kompromisem, dzięki któremu Richard nie wypowiadał się na temat Harry` ego. Usiadłam przy stole i spojrzałam na żonę Richarda, która jak zawsze ubrana była w białą koszulę i czarną spódnicę do kolan.

-Witaj Ellie. –uśmiechnęła się delikatnie

-Dzień dobry.- odpowiedziałam grzecznie, choć w oczy rzucała mi się okładka Proroka, gdzie ropuchowata czarownica uśmiechała się obrzydliwie i stała przed Hogwartem.

-Chcesz naleśniki?- zapytała Christine, która doskonale zauważyła dokąd powędrował mój wzrok- Rick, czy mógłbyś nie czytać gazety przy śniadaniu?

Richard słysząc w głosie żony karcącą nutę, posłusznie odłożył Proroka na blat i zajął się śniadaniem. Na twarzy Pani Montgomery pojawił się uśmiech samozadowolenia, gdy położyła talerz przede mną. Tak zaczynał się każdy dzień w domu Państwa Montgomerych.